๑۞๑
—
Rtęć? — wymruczał pod nosem, krzywiąc się. — Zawsze to mogła być
krew, prawda? Nadal cuchnąca, zakrzepła, miedziana krew z czyjegoś podciętego
od ucha do ucha gardła.
Zaczynało się
ściemniać, włączono uliczne latarnie. Zapowiadała się jasna, gwieździsta noc.
Na niebie widniał księżyc, prezentując dumnie pełną krasę. Wiatr ledwo dawał
się we znaki, subtelnie drgając liśćmi drzew.
Corey Bryant był
wzorowym uczniem liceum w Beacon Hills, który następnego dnia rozpoczynał drugą
klasę. Miał łagodną, delikatnie zarysowaną twarz, porcelanową cerę i brązowe,
nieznacznie kręcące się włosy. Bystro obserwował otoczenie ciemnymi, migdałowymi
oczami.
Czuł się nieswojo,
czekając na swojego chłopaka przed klubem dla gejów. Nie wierzył, że dał się mu
namówić na pójście w takie miejsce. Nawet na zewnątrz słyszał głośną, taneczną
muzykę. Już miał przed oczami męski striptiz i inne pokazy, które czekały na
niego w środku. Wyobraził sobie miny rodziców, gdyby się o tym dowiedzieli. Nie
do końca było mu do śmiechu, ale prychnął z rozbawieniem.
Głośno przełknąwszy
ślinę, oparł się o ścianę i wyciągnął z kieszeni komórkę. Chciał zadzwonić do
Lucasa, ale za każdym razem, gdy już wybierał numer, telefon automatycznie się
wyłączał z cichym zgrzytem.
Zaskoczony, powtórzył
tę czynność kilkakrotnie, po czym dał sobie spokój i postanowił napisać
SMS-a. Wysłanie wiadomości nie powiodło się — wyświetliło się
wkrótce.
— Co jest? —
mruknął poirytowany, chowając komórkę z powrotem.
Zacisnął usta w wąską
kreskę, ze znudzeniem zamykając oczy. Rozpoczęcie roku szkolnego nie napawało
go szczególnym entuzjazmem, toteż najchętniej cofnąłby się do beztroskich
tygodni wakacji.
Rozmyślania chłopaka
przerwało pojawienie się jego partnera. Miał krótko przystrzyżone, blond włosy
i okrągłą, sympatyczną twarz z lekko zadartym nosem. Tego dnia założył
kraciastą koszulę, ciemne jeansy i zwykłe adidasy.
Lucas entuzjastycznie
rzucił się na szyję Coreya i na powitanie pocałował niezobowiązująco w
policzek. Ten poczuł, że się rumieni, więc przygryzł dolną wargę niczym
bohaterka młodzieżowego harlequina.
Spojrzał prosto w
pogodne, błękitne oczy towarzysza, w których tańczyły iskierki radości.
Nastolatek uśmiechał się szeroko, beztrosko pociągając Bryanta za sobą.
— Wiesz co? —
zagaił euforycznie, a kąciki jego ust wciąż pozostawały uniesione. — Mam
lepszy pomysł na spędzenie wieczoru niż jakiś głupi klub.
Zaskoczony Corey
uniósł do góry jedną brew, pytająco spoglądając na Lucasa.
— Przecież wczoraj tak
nalegałeś... — powiedział, nic nie rozumiejąc.
— Nie byłeś
szczególnie uszczęśliwiony, więc postanowiłem zmienić plany — wytłumaczył
blondyn, robiąc duże kroki i nie zaprzestając marszu.
— A co z: wszystkiego
trzeba spróbować?
— Innym razem? —
zaproponował od niechcenia, a Bryant nie drążył tematu, zadowolony z obrotu
sytuacji.
Szli przez wąskie,
boczne uliczki, czując oddech nocy na plecach. Świeże powietrze łechtało ich
płuca, kiedy śmiali się nawzajem ze swoich żartów.
Corey nie wiedział,
gdzie prowadzi go Lucas, ale wtedy to nie miało znaczenia. Był po prostu
szczęśliwy i nie wybiegał myślami na przód, ciesząc się tym, z czego mógł
obecnie czerpać błogość. Pragnął jedynie wpatrywać się w księżyc oświetlający
im drogę i, jak Max ze Złodziejki książek, tańczyć, dziękując
Bogu za gwiazdy, które błogosławiły jego oczy.
Wtem Lucas zatrzymał
się i złapał Bryanta za szlufki od spodni, po czym przyciągnął do siebie z
figlarnym uśmieszkiem. Następnie delikatnie popchnął go na jedną ze ścian,
nie skracając dzielącej ich odległości. Wyczuwał pobudzający zapach jego wody
kolońskiej. Czyżby drzewo sandałowe?
Miał już złożyć na
ustach chłopaka namiętny pocałunek, gdy nagle Corey się wykrzywił. Zszokowany
blondyn automatycznie się odsunął.
— Twoje usta... —
szepnął niewyraźnie, a w jego ciemnych oczach Lucas dostrzegł zdumienie.
Dotknął swoich warg, a
kiedy chwilę później spojrzał na palce, zobaczył rtęć. Nie mógł w to uwierzyć,
nagle ścisnęło go w gardle. Miał wrażenie, że grunt pali mu się pod stopami.
Schował twarz w dłoniach i oparł się o mur z żałosnym jęknięciem.
— Hej, co się
stało? — zaniepokoił się Bryant, ciepłą dłoń położył na jego szyi, chcąc
dodać partnerowi otuchy. — Co to za dziwna... Wiesz, co to znaczy? Trzeba
cię zabrać do szpitala?
Blondyn wybełkotał pod
nosem słowa, których jego towarzysz nie zrozumiał, więc poprosił o powtórzenie.
Nagle noc wydawała mu się jednak ciemna i ponura, a księżyc złowrogi i
zwiastujący nieszczęście. Nie mógł jednak zostawić Lucasa, któremu wyraźnie coś
dolegało.
— Zadzwonić od razu na
pogotowie? — zaoferował Corey, nie ściągając dłoni z karku towarzysza.
— Nie, tylko... Tylko
odejdź — polecił, jeszcze bardziej zniżając głowę. Zakaszlał potwornie,
plując srebrną mazią. Zbladł, charczał nieludzko. — Idź! — warknął
głośno, kierując na chłopaka rozgniewany wzrok. Nie przypominał samego siebie.
Bryant niepewnie
pokręcił głową, nie pojmując rozumowania Lucasa. Niemal pisnął jak dziewczynka,
kiedy jego wzrok napotkał ostre kolce wyłaniające się ze skóry na rękach
blondyna. Wykonał krok w tył, chwiejąc się niebezpiecznie na nogach. Jego czoło
oblał chłodny pot.
— Co, do... — Nie
zdążył dokończyć, bo nagle towarzysz przyparł go groźnie do ściany. Poczuł
bolesne ściśnięcie w brzuchu, głośno wciągnął powietrze przez usta. —
Lucas! Co ty wyprawiasz?! — krzyknął piskliwie, nie mogąc wydobyć z siebie
nic więcej.
Blondyn zacisnął silne
dłonie na szyi Coreya. Gdy ostre kolce ledwie drasnęły jego skórę, ten wydarł
się wręcz nieludzko, czując przeszywający całe ciało ból. Do oczu chłopaka
napłynęły łzy, a z jego gardła wydobył się kolejny wrzask. Nie mógł się poruszyć,
nic powiedzieć. Zamroczyło go, z trudem kontaktował. Miał wrażenie, że
zaraz osunie się bezwładnie na podłogę, ale nic takiego się nie stało. Nadal
krew pulsowała niebezpiecznie w jego żyłach.
Wtem Lucas odsunął się
gwałtownie, odpychając od siebie bruneta. Wylądował na kolanach, twarzą niemal
zarył w brukowanym chodniku.
— Biegnij! —
rozkazał Bryant'owi i tym razem nie musiał powtarzać, bo nastolatek wziął nogi
za pas najszybciej, jak potrafił.
Corey czuł
rozdzierający ból, jakby jego wnętrzności płonęły żywym ogniem. Zasłonił
dłońmi uszy, by odciąć się od źródła niepokojącego świstu.
Pędząc
bezmyślnie, omal nie wpadł pod koła granatowej terenówki. Kierowca w ostatniej
chwili zobaczył, jak wbiega na ulicę i ostro skręcił. Rozległ się pisk opon, a
auto zatrzymało się z trudem przed rzędem wysokich kontenerów na śmieci.
Bryant upadł na kolana
i zwymiotował. Nieprzyjemny posmak żółci został na jego języku. Targnęła nim
kolejna fala mdłości, którą ledwo zwalczył. Zacisnął zęby, charcząc przez ból,
który uniemożliwiał mu funkcjonowanie. Obraz przed jego oczami deprymująco
pulsował, mieniąc się pełną paletą barw.
Chłopak poczuł czyjąś
rękę na swoim ramieniu. Ukazał mu się czarnoskóry nastolatek w jaskrawej,
kanarkowej koszuli. Po chwili obok niego znalazł się także zdenerwowany szatyn,
mniej więcej w ich wieku.
Corey oderwał od nich
wzrok, sycząc przez zęby i łapiąc się za głowę.
— Liam, co ty
robisz? — Usłyszał słowa jednego z pasażerów auta.
— Scott mnie tego
nauczył — odparł drugi, a Bryant zdziwiony ujrzał dłoń szatyna
zaciśniętą na swoim nadgarstku. — Mówiłem ci, jak o wszystkim. Tylko
nie mów, że to też fantastyczne, bo nie ręczę za siebie.
Corey, nic nie
rozumiejąc, patrzył na mocno odznaczone żyły na rękach chłopaka. Pod wysokim
ciśnieniem płynęła nimi szybko dziwaczna, ciemna ciecz. Zdumiony poczuł ulgę,
jakby nastolatek odebrał mu część bólu. Zwłaszcza, że to on się teraz krzywił i
ledwo powstrzymywał wrzask.
Bryant aż odskoczył,
gdy w jego kieszeni zaczęła wibrować komórka. W nadziei, że to Lucas, sięgnął
po nią. Na podświetlonym ekranie nie pojawiło się jednak żadne
powiadomienie.
Nieoczekiwanie z
ulicznej lampy posypały się iskry, po czym wszystkie światła w pobliżu zgasły.
Corey upadł na plecy, więc podparł się rękami i pytająco spojrzał na
towarzyszy.
Przy tym oświetleniu
ledwo dostrzegał zarysy ich twarzy. Chłopcy stali się jedynie odznaczającymi
sylwetkami. Nic nie rozumiał, spoglądając na swoje ręce, na których rany niemal
się już zasklepiły.
Tajemniczy dźwięk
odsunął go od gorączkowego myślenia nad stanem własnego ciała. Odwrócił się w
samą porę, by uchwycić kolejne trzy osoby, które znalazły się w tak felernym
miejscu i okolicznościach. Szybko dotarło do niego, że coś było nie tak w ich
sposobie poruszania się i ubraniach.
Kiedy nagle reflektory
samochodu chłopaków zabłysły, zobaczył, że głowy trójki zasłaniają
przerażające, szarozielone maski z niezliczonymi przewodami biegnącymi do
równie ekscentrycznych ubrań. Długie, ciemne płaszcze, skórzane kamizelki,
mocne buty i kolejne łącza.
Istoty, przypominające
niepoczytalnych naukowców w przeciwgazowych maskach, nawet nie zwróciły uwagi
na nastolatków. Kuriozalnie sunąc, jakby pokonując za jednym krokiem kilka
metrów, skierowali się w jedną z bocznych uliczek. Towarzyszące temu odgłosy
sprawiły, że włosy na karku Corey'a stanęły dęba. Potarł gwałtownie oczy,
myśląc, że ma halucynacje, ale tylko niepotrzebnie je podrażnił.
— O tym nic nie
wspominałeś... — wydyszał czarnoskóry chłopak do drugiego, nazwanego wcześniej
Liamem.
Bryant wstał nagle,
ponieważ dotarło do niego, dokąd udała się enigmatyczna trójka o zatrważającej
aparycji.
— Lucas! —
ryknął, startując do biegu, mimo że nadal czuł się, jakby mu brakowało tylko
pół ćwierci do śmierci.
— Zaczekaj! — Jeden
z kamratów chciał go zatrzymać, ale szybko odtrącił dłoń i mknął dalej.
Wpadł w zaułek,
szukając z zaangażowaniem swojego partnera. Spostrzegł, że nastolatkowie udali
się za nim, ale nawet nie zwrócił na nich uwagi. Rozglądał się dookoła, dysząc
głośno i próbując oddychać równomiernie. Na nic zdały się starania, gdy
zauważył bezwładne ciało.
Dopadł je momentalnie,
rozpoznając z daleka kraciastą koszulę chłopaka. Lucas leżał nieruchomo w
kałuży krwi i srebrnej mazi, martwymi oczyma wpatrując się w Corey'a, którego
już nie widział.
๑۞๑
Stiles Stilinski
siedział za kierownicą swojego ukochanego dżipa, stukając, oczywiście z
należytym wyczuciem i delikatnością, o jego kierownicę.
Był
sarkastycznym i nadpobudliwym dziewiętnastolatkiem z ADHD, o bladej skórze z
niedorzeczną wręcz ilością pieprzyków.
Nucił pod nosem My
girl Nirvany, kołysząc się nieznacznie i potrząsając głową, przez co
jego ciemne włosy nastroszyły się jeszcze bardziej. Lubił te fryzury,
wyglądające jak stylizowane przez piorun, nazywać artystycznym nieładem.
Brzmiało to o wiele lepiej od tych wszystkich, nie do końca kulturalnych
określeń, które rzucał pod ich adresem jego ojciec, szanowany szeryf.
Przestał śpiewać,
dostrzegając przyjaciela wychodzącego ze swojego domu. Widoczny był pośpiech
Scotta McCalla, który niedbale zarzucił plecak na ramię i podbiegł do
samochodu.
Gdy Latynos
ostro zamknął za sobą drzwi, podskoczyło niemal całe auto. Stiles zilustrował
go morderczym spojrzeniem, a jego nozdrza rozszerzyły się komicznie.
— Sorry — rzucił
alfa, posyłając towarzyszowi przepraszający uśmiech. Doskonale był świadom
respektu, który człowiek żywił do swojego dżipa. — Mój motocykl powinien być
naprawiony do końca tygodnia.
— Czyli będę musiał
cię zabierać jeszcze przez cztery dni? — zapytał Stiles ze zrezygnowaniem,
ruszając ostro z podjazdu. Coś trzasnęło w bagażniku, ale doszedł do wniosku,
że lepiej nie wiedzieć, co tym razem się psuje. Pospłacali z ojcem rachunki z
Eichen House i ich sytuacja finansowa się ustabilizowała, acz nie było ich stać
na szastanie pieniędzmi na prawo i lewo. — Nie wiem, czy mój dżip to przeżyje.
Kończy mi się taśma klejąca.
๑۞๑
Szli wszyscy razem,
rozmawiając o zwyczajnych sprawach, które dotyczą niemal każdego
nastolatka.
Stiles przedstawił już
przyjaciołom listę potencjalnych koledżów, które mogłyby ich zainteresować.
Chciał, by nawet po pójściu na różne uczelnie trzymali się razem. Scott
narzekał, że naprawdę musi przyłożyć się do przedmiotów ścisłych, jeśli chce
dostać stypendium, dzięki któremu uda mu się studiować weterynarię. Alan
Deaton, w którego klinice dla zwierząt dorabiał, przyjął ten pomysł bardzo
entuzjastycznie. Lydia Martin snuła wielkie plany na temat swojej przyszłości,
gdyż bez najmniejszego problemu dostała się na Stanford. Natomiast Malia Tate
była najszczęśliwszą osobą na świecie, bo dzięki szkole letniej udało jej się
przejść do następnej klasy. Kira Yukimura nie miała jeszcze sprecyzowanych
planów, ale chętnie włączała się do dyskusji.
Stilinski zatrzymał
się nagle, wbijając wzrok w uczniowskie szafki po swojej prawej stronie. Jego
towarzysze nie zdążyli nawet zapytać, o co chodzi, bo sami spostrzegli, co
zaintrygowało chłopaka.
— Damnatio
memoriae — przeczytała Lydia wyryte słowa. Smukłą i zadbaną dłonią
dotknęła dziwacznych śladów poniżej. — Pazury?
— Potępienie pamięci? —
wszedł jej w słowo syn szeryfa.
Dziewczyna kiwnęła
głową, po czym spojrzała na pozostałych. Z ich min wywnioskowała, że nie
rozumieją, więc zaczęła tłumaczyć.
— To procedura, którą
stosowano wobec osób skazanych na zapomnienie. — Skrzyżowała wzrok ze
Scottem, który jako Prawdziwy Alfa czuł się najbardziej zobowiązany do ochrony
mieszkańców miasteczka. — Karano tak za najgorsze zbrodnie. Niszczono
pomniki, usuwano imiona i nazwiska, retuszowano zdjęcia... Jakby dana osoba
nigdy nie istniała.
Malia westchnęła
przeciągle, uwieszając się na ramieniu swojego chłopaka. W odpowiedzi Stiles
posłał jej promienny uśmiech.
— Czyli nici z
normalnego życia. — Jej surowe, błękitne oczy kojotołaka zabłysły. —
Mam pierwszą matmę, urywamy się? Pazury, te sprawy, to nasza działka.
— Ty, moja droga,
zostajesz — oznajmiła Lydia, wysyłając jej wymowne spojrzenie: Bez
szans. — Mamy ze Stilesem najmniej nieobecności i bez problemu
nadrobimy zaległości, prawda? Sprawdzę więc z nim, czy Deaton coś wie.
Druidzi mają ogromną wiedzę, a skoro pełni funkcję naszego emisariusza, zechce
pomóc.
Brunet kiwnął głową z
aprobatą, przygotowany na kolejną przygodę. Włączył już tryb Herkules
Poirot i był gotowy na rozwiązywanie kolejnych zagadek. Nie
fascynowało go już to tak bardzo jak kilka lat temu, gdy Scott został
ugryziony, ale nie wyobrażał sobie życia bez tego całego nadprzyrodzonego
rozgardiaszu.
— Swoją drogą, to
dziwne, że nikt oprócz nas nie zwrócił na to uwagi — oznajmił Stiles po
chwili ciszy, taksując wzrokiem przechodzących obok z uczniów. Biła od nich
bezapelacyjna obojętność.
— Może widzą to tylko
istoty nadprzyrodzone? — zasugerowała odruchowo Kira, ale szybko
zrozumiała swój błąd i się poprawiła. — Przepraszam, Stiles.
— Scott jest
wilkołakiem, Liam też. Lydia banshee. Malia kojotołakiem, a Kira grzmotną
kitsune. Nie musicie mi ciągle przypominać, że macie te swoje pazury, kły,
krzyk, katany i tak dalej, a ja tylko sarkazm i urok osobisty.
Nastolatek nachylił się
i na palec zebrał srebrną maź, która jeszcze do końca nie zaschła. Zdziwiony
zmarszczył czoło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz