Rozdział pierwszy

๑۞๑
Zaczynało się ściemniać, włączono uliczne latarnie. Zapowiadała się jasna, gwieździsta noc. Na niebie widniał księżyc, prezentując dumnie pełną krasę. Wiatr ledwo dawał się we znaki, subtelnie drgając liśćmi drzew. 
Corey Bryant był wzorowym uczniem liceum w Beacon Hills, który następnego dnia rozpoczynał drugą klasę. Miał łagodną, delikatnie zarysowaną twarz, porcelanową cerę i brązowe, nieznacznie kręcące się włosy. Bystro obserwował otoczenie ciemnymi, migdałowymi oczami. 
Czuł się nieswojo, czekając na swojego chłopaka przed klubem dla gejów. Nie wierzył, że dał się mu namówić na pójście w takie miejsce. Nawet na zewnątrz słyszał głośną, taneczną muzykę. Już miał przed oczami męski striptiz i inne pokazy, które czekały na niego w środku. Wyobraził sobie miny rodziców, gdyby się o tym dowiedzieli. Nie do końca było mu do śmiechu, ale prychnął z rozbawieniem. 
Głośno przełknąwszy ślinę, oparł się o ścianę i wyciągnął z kieszeni komórkę. Chciał zadzwonić do Lucasa, ale za każdym razem, gdy już wybierał numer, telefon automatycznie się wyłączał z cichym zgrzytem. 
Zaskoczony, powtórzył tę czynność kilkakrotnie, po czym dał sobie spokój i postanowił napisać SMS-a. Wysłanie wiadomości nie powiodło się — wyświetliło się wkrótce.
— Co jest? — mruknął poirytowany, chowając komórkę z powrotem. 
Zacisnął usta w wąską kreskę, ze znudzeniem zamykając oczy. Rozpoczęcie roku szkolnego nie napawało go szczególnym entuzjazmem, toteż najchętniej cofnąłby się do beztroskich tygodni wakacji. 
Rozmyślania chłopaka przerwało pojawienie się jego partnera. Miał krótko przystrzyżone, blond włosy i okrągłą, sympatyczną twarz z lekko zadartym nosem. Tego dnia założył kraciastą koszulę, ciemne jeansy i zwykłe adidasy. 
Lucas entuzjastycznie rzucił się na szyję Coreya i na powitanie pocałował niezobowiązująco w policzek. Ten poczuł, że się rumieni, więc przygryzł dolną wargę niczym bohaterka młodzieżowego harlequina. 
Spojrzał prosto w pogodne, błękitne oczy towarzysza, w których tańczyły iskierki radości. Nastolatek uśmiechał się szeroko, beztrosko pociągając Bryanta za sobą. 
— Wiesz co? — zagaił euforycznie, a kąciki jego ust wciąż pozostawały uniesione. — Mam lepszy pomysł na spędzenie wieczoru niż jakiś głupi klub.
Zaskoczony Corey uniósł do góry jedną brew, pytająco spoglądając na Lucasa.
— Przecież wczoraj tak nalegałeś... — powiedział, nic nie rozumiejąc.
— Nie byłeś szczególnie uszczęśliwiony, więc postanowiłem zmienić plany — wytłumaczył blondyn, robiąc duże kroki i nie zaprzestając marszu.
— A co z: wszystkiego trzeba spróbować?
— Innym razem? — zaproponował od niechcenia, a Bryant nie drążył tematu, zadowolony z obrotu sytuacji. 
Szli przez wąskie, boczne uliczki, czując oddech nocy na plecach. Świeże powietrze łechtało ich płuca, kiedy śmiali się nawzajem ze swoich żartów. 
Corey nie wiedział, gdzie prowadzi go Lucas, ale wtedy to nie miało znaczenia. Był po prostu szczęśliwy i nie wybiegał myślami na przód, ciesząc się tym, z czego mógł obecnie czerpać błogość. Pragnął jedynie wpatrywać się w księżyc oświetlający im drogę i, jak Max ze Złodziejki książek, tańczyć, dziękując Bogu za gwiazdy, które błogosławiły jego oczy.
Wtem Lucas zatrzymał się i złapał Bryanta za szlufki od spodni, po czym przyciągnął do siebie z figlarnym uśmieszkiem. Następnie delikatnie popchnął go na jedną ze ścian, nie skracając dzielącej ich odległości. Wyczuwał pobudzający zapach jego wody kolońskiej. Czyżby drzewo sandałowe? 
Miał już złożyć na ustach chłopaka namiętny pocałunek, gdy nagle Corey się wykrzywił. Zszokowany blondyn automatycznie się odsunął.
— Twoje usta... — szepnął niewyraźnie, a w jego ciemnych oczach Lucas dostrzegł zdumienie.
Dotknął swoich warg, a kiedy chwilę później spojrzał na palce, zobaczył rtęć. Nie mógł w to uwierzyć, nagle ścisnęło go w gardle. Miał wrażenie, że grunt pali mu się pod stopami. Schował twarz w dłoniach i oparł się o mur z żałosnym jęknięciem.
— Hej, co się stało? — zaniepokoił się Bryant, ciepłą dłoń położył na jego szyi, chcąc dodać partnerowi otuchy. — Co to za dziwna... Wiesz, co to znaczy? Trzeba cię zabrać do szpitala? 
Blondyn wybełkotał pod nosem słowa, których jego towarzysz nie zrozumiał, więc poprosił o powtórzenie. Nagle noc wydawała mu się jednak ciemna i ponura, a księżyc złowrogi i zwiastujący nieszczęście. Nie mógł jednak zostawić Lucasa, któremu wyraźnie coś dolegało.
— Zadzwonić od razu na pogotowie? — zaoferował Corey, nie ściągając dłoni z karku towarzysza.
— Nie, tylko... Tylko odejdź — polecił, jeszcze bardziej zniżając głowę. Zakaszlał potwornie, plując srebrną mazią. Zbladł, charczał nieludzko. — Idź! — warknął głośno, kierując na chłopaka rozgniewany wzrok. Nie przypominał samego siebie. 
Bryant niepewnie pokręcił głową, nie pojmując rozumowania Lucasa. Niemal pisnął jak dziewczynka, kiedy jego wzrok napotkał ostre kolce wyłaniające się ze skóry na rękach blondyna. Wykonał krok w tył, chwiejąc się niebezpiecznie na nogach. Jego czoło oblał chłodny pot.
— Co, do... — Nie zdążył dokończyć, bo nagle towarzysz przyparł go groźnie do ściany. Poczuł bolesne ściśnięcie w brzuchu, głośno wciągnął powietrze przez usta. — Lucas! Co ty wyprawiasz?! — krzyknął piskliwie, nie mogąc wydobyć z siebie nic więcej.
Blondyn zacisnął silne dłonie na szyi Coreya. Gdy ostre kolce ledwie drasnęły jego skórę, ten wydarł się wręcz nieludzko, czując przeszywający całe ciało ból. Do oczu chłopaka napłynęły łzy, a z jego gardła wydobył się kolejny wrzask. Nie mógł się poruszyć, nic powiedzieć. Zamroczyło go, z trudem kontaktował. Miał wrażenie, że zaraz osunie się bezwładnie na podłogę, ale nic takiego się nie stało. Nadal krew pulsowała niebezpiecznie w jego żyłach.
Wtem Lucas odsunął się gwałtownie, odpychając od siebie bruneta. Wylądował na kolanach, twarzą niemal zarył w brukowanym chodniku.
— Biegnij! — rozkazał Bryant'owi i tym razem nie musiał powtarzać, bo nastolatek wziął nogi za pas najszybciej, jak potrafił.
Corey czuł rozdzierający ból, jakby jego wnętrzności płonęły żywym ogniem. Zasłonił dłońmi uszy, by odciąć się od źródła niepokojącego świstu.
 Pędząc bezmyślnie, omal nie wpadł pod koła granatowej terenówki. Kierowca w ostatniej chwili zobaczył, jak wbiega na ulicę i ostro skręcił. Rozległ się pisk opon, a auto zatrzymało się z trudem przed rzędem wysokich kontenerów na śmieci.
Bryant upadł na kolana i zwymiotował. Nieprzyjemny posmak żółci został na jego języku. Targnęła nim kolejna fala mdłości, którą ledwo zwalczył. Zacisnął zęby, charcząc przez ból, który uniemożliwiał mu funkcjonowanie. Obraz przed jego oczami deprymująco pulsował, mieniąc się pełną paletą barw. 
Chłopak poczuł czyjąś rękę na swoim ramieniu. Ukazał mu się czarnoskóry nastolatek w jaskrawej, kanarkowej koszuli. Po chwili obok niego znalazł się także zdenerwowany szatyn, mniej więcej w ich wieku. 
Corey oderwał od nich wzrok, sycząc przez zęby i łapiąc się za głowę.
— Liam, co ty robisz? — Usłyszał słowa jednego z pasażerów auta.
— Scott mnie tego nauczył — odparł drugi, a Bryant zdziwiony ujrzał dłoń szatyna zaciśniętą na swoim nadgarstku. —  Mówiłem ci, jak o wszystkim. Tylko nie mów, że to też fantastyczne, bo nie ręczę za siebie.
Corey, nic nie rozumiejąc, patrzył na mocno odznaczone żyły na rękach chłopaka. Pod wysokim ciśnieniem płynęła nimi szybko dziwaczna, ciemna ciecz. Zdumiony poczuł ulgę, jakby nastolatek odebrał mu część bólu. Zwłaszcza, że to on się teraz krzywił i ledwo powstrzymywał wrzask.
Bryant aż odskoczył, gdy w jego kieszeni zaczęła wibrować komórka. W nadziei, że to Lucas, sięgnął po nią. Na podświetlonym ekranie nie pojawiło się jednak żadne powiadomienie. 
Nieoczekiwanie z ulicznej lampy posypały się iskry, po czym wszystkie światła w pobliżu zgasły. Corey upadł na plecy, więc podparł się rękami i pytająco spojrzał na towarzyszy. 
Przy tym oświetleniu ledwo dostrzegał zarysy ich twarzy. Chłopcy stali się jedynie odznaczającymi sylwetkami. Nic nie rozumiał, spoglądając na swoje ręce, na których rany niemal się już zasklepiły.
Tajemniczy dźwięk odsunął go od gorączkowego myślenia nad stanem własnego ciała. Odwrócił się w samą porę, by uchwycić kolejne trzy osoby, które znalazły się w tak felernym miejscu i okolicznościach. Szybko dotarło do niego, że coś było nie tak w ich sposobie poruszania się i ubraniach. 
Kiedy nagle reflektory samochodu chłopaków zabłysły, zobaczył, że głowy trójki zasłaniają przerażające, szarozielone maski z niezliczonymi przewodami biegnącymi do równie ekscentrycznych ubrań. Długie, ciemne płaszcze, skórzane kamizelki, mocne buty i kolejne łącza. 
Istoty, przypominające niepoczytalnych naukowców w przeciwgazowych maskach, nawet nie zwróciły uwagi na nastolatków. Kuriozalnie sunąc, jakby pokonując za jednym krokiem kilka metrów, skierowali się w jedną z bocznych uliczek. Towarzyszące temu odgłosy sprawiły, że włosy na karku Corey'a stanęły dęba. Potarł gwałtownie oczy, myśląc, że ma halucynacje, ale tylko niepotrzebnie je podrażnił.
— O tym nic nie wspominałeś... — wydyszał czarnoskóry chłopak do drugiego, nazwanego wcześniej Liamem. 
Bryant wstał nagle, ponieważ dotarło do niego, dokąd udała się enigmatyczna trójka o zatrważającej aparycji.
— Lucas! — ryknął, startując do biegu, mimo że nadal czuł się, jakby mu brakowało tylko pół ćwierci do śmierci.
— Zaczekaj! — Jeden z kamratów chciał go zatrzymać, ale szybko odtrącił dłoń i mknął dalej.
Wpadł w zaułek, szukając z zaangażowaniem swojego partnera. Spostrzegł, że nastolatkowie udali się za nim, ale nawet nie zwrócił na nich uwagi. Rozglądał się dookoła, dysząc głośno i próbując oddychać równomiernie. Na nic zdały się starania, gdy zauważył bezwładne ciało. 
Dopadł je momentalnie, rozpoznając z daleka kraciastą koszulę chłopaka. Lucas leżał nieruchomo w kałuży krwi i srebrnej mazi, martwymi oczyma wpatrując się w Corey'a, którego już nie widział.

۞
Stiles Stilinski siedział za kierownicą swojego ukochanego dżipa, stukając, oczywiście z należytym wyczuciem i delikatnością, o jego kierownicę.
 Był sarkastycznym i nadpobudliwym dziewiętnastolatkiem z ADHD, o bladej skórze z niedorzeczną wręcz ilością pieprzyków. 
Nucił pod nosem My girl Nirvany, kołysząc się nieznacznie i potrząsając głową, przez co jego ciemne włosy nastroszyły się jeszcze bardziej. Lubił te fryzury, wyglądające jak stylizowane przez piorun, nazywać artystycznym nieładem. Brzmiało to o wiele lepiej od tych wszystkich, nie do końca kulturalnych określeń, które rzucał pod ich adresem jego ojciec, szanowany szeryf.
Przestał śpiewać, dostrzegając przyjaciela wychodzącego ze swojego domu. Widoczny był pośpiech Scotta McCalla, który niedbale zarzucił plecak na ramię i podbiegł do samochodu.
 Gdy Latynos ostro zamknął za sobą drzwi, podskoczyło niemal całe auto. Stiles zilustrował go morderczym spojrzeniem,  a jego nozdrza rozszerzyły się komicznie.
— Sorry — rzucił alfa, posyłając towarzyszowi przepraszający uśmiech. Doskonale był świadom respektu, który człowiek żywił do swojego dżipa. — Mój motocykl powinien być naprawiony do końca tygodnia. 
— Czyli będę musiał cię zabierać jeszcze przez cztery dni? — zapytał Stiles ze zrezygnowaniem, ruszając ostro z podjazdu. Coś trzasnęło w bagażniku, ale doszedł do wniosku, że lepiej nie wiedzieć, co tym razem się psuje. Pospłacali z ojcem rachunki z Eichen House i ich sytuacja finansowa się ustabilizowała, acz nie było ich stać na szastanie pieniędzmi na prawo i lewo. — Nie wiem, czy mój dżip to przeżyje. Kończy mi się taśma klejąca. 

۞
Szli wszyscy razem, rozmawiając o zwyczajnych sprawach, które dotyczą niemal każdego nastolatka. 
Stiles przedstawił już przyjaciołom listę potencjalnych koledżów, które mogłyby ich zainteresować. Chciał, by nawet po pójściu na różne uczelnie trzymali się razem. Scott narzekał, że naprawdę musi przyłożyć się do przedmiotów ścisłych, jeśli chce dostać stypendium, dzięki któremu uda mu się studiować weterynarię. Alan Deaton, w którego klinice dla zwierząt dorabiał, przyjął ten pomysł bardzo entuzjastycznie. Lydia Martin snuła wielkie plany na temat swojej przyszłości, gdyż bez najmniejszego problemu dostała się na Stanford. Natomiast Malia Tate była najszczęśliwszą osobą na świecie, bo dzięki szkole letniej udało jej się przejść do następnej klasy. Kira Yukimura nie miała jeszcze sprecyzowanych planów, ale chętnie włączała się do dyskusji.
Stilinski zatrzymał się nagle, wbijając wzrok w uczniowskie szafki po swojej prawej stronie. Jego towarzysze nie zdążyli nawet zapytać, o co chodzi, bo sami spostrzegli, co zaintrygowało chłopaka. 
— Damnatio memoriae — przeczytała Lydia wyryte słowa. Smukłą i zadbaną dłonią dotknęła dziwacznych śladów poniżej. — Pazury?
— Potępienie pamięci? — wszedł jej w słowo syn szeryfa. 
Dziewczyna kiwnęła głową, po czym spojrzała na pozostałych. Z ich min wywnioskowała, że nie rozumieją, więc zaczęła tłumaczyć.
— To procedura, którą stosowano wobec osób skazanych na zapomnienie. — Skrzyżowała wzrok ze Scottem, który jako Prawdziwy Alfa czuł się najbardziej zobowiązany do ochrony mieszkańców miasteczka. — Karano tak za najgorsze zbrodnie. Niszczono pomniki, usuwano imiona i nazwiska, retuszowano zdjęcia... Jakby dana osoba nigdy nie istniała. 
Malia westchnęła przeciągle, uwieszając się na ramieniu swojego chłopaka. W odpowiedzi Stiles posłał jej promienny uśmiech.
— Czyli nici z normalnego życia. — Jej surowe, błękitne oczy kojotołaka zabłysły. — Mam pierwszą matmę, urywamy się? Pazury, te sprawy, to nasza działka.
— Ty, moja droga, zostajesz — oznajmiła Lydia, wysyłając jej wymowne spojrzenie: Bez szans. — Mamy ze Stilesem najmniej nieobecności i bez problemu nadrobimy zaległości, prawda? Sprawdzę więc z nim, czy Deaton coś wie. Druidzi mają ogromną wiedzę, a skoro pełni funkcję naszego emisariusza, zechce pomóc. 
Brunet kiwnął głową z aprobatą, przygotowany na kolejną przygodę. Włączył już tryb Herkules Poirot i był gotowy na rozwiązywanie kolejnych zagadek. Nie fascynowało go już to tak bardzo jak kilka lat temu, gdy Scott został ugryziony, ale nie wyobrażał sobie życia bez tego całego nadprzyrodzonego rozgardiaszu.
— Swoją drogą, to dziwne, że nikt oprócz nas nie zwrócił na to uwagi — oznajmił Stiles po chwili ciszy, taksując wzrokiem przechodzących obok z uczniów. Biła od nich bezapelacyjna obojętność. 
— Może widzą to tylko istoty nadprzyrodzone? — zasugerowała odruchowo Kira, ale szybko zrozumiała swój błąd i się poprawiła. — Przepraszam, Stiles.
— Scott jest wilkołakiem, Liam też. Lydia banshee. Malia kojotołakiem, a Kira grzmotną kitsune. Nie musicie mi ciągle przypominać, że macie te swoje pazury, kły, krzyk, katany i tak dalej, a ja tylko sarkazm i urok osobisty. 
Nastolatek nachylił się i na palec zebrał srebrną maź, która jeszcze do końca nie zaschła. Zdziwiony zmarszczył czoło.
— Rtęć? — wymruczał pod nosem, krzywiąc się. — Zawsze to mogła być krew, prawda? Nadal cuchnąca, zakrzepła, miedziana krew z czyjegoś podciętego od ucha do ucha gardła. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Upadły Marzyciel Może nie wiesz ale masz oczy psycho­paty całko­wicie mnie przeszywające..
Szablon stworzony przez Lune / Technologia Blogger / Gify: Rebloggy / Czcionki: Google Fonts / Kody: Tajemniczy Ogród