Rozdział drugi

***
Stiles szedł posłusznie za Lydią, która imponująco zwinnie poruszała się w butach na wysokich koturnach.  Po tylu latach znajomości nie powinno go to dziwić, gdyż wykazywała ona wyjątkowe zamiłowanie do tego typu obuwia i kobiecych sukienek.
 Weszli do niewielkiej kliniki weterynaryjnej, żywiąc głębokie nadzieje. W środku roznosił się dziwny, drażniący nozdrza zapach.
 Gdy dziewczyna już miała nacisnąć przycisk przywołujący właściciela, poczuła, jak przyjaciel łapie ją za rękę. Odwróciła się do niego tak szybko, że dostał z jej długich, rudych włosów w twarz. Z politowaniem spojrzała na Stilinskiego, marszcząc idealnie wyrównane brwi.
— Na podjeździe stoi samochód szeryfa — wytłumaczył, sugestywnie wskazując na okno. 
— Twojego taty — powiedziała, nie wiedząc, o co chodzi chłopakowi. — To chyba dobrze, prawda? Może nam pomóc, zwykła policja często trafia na trop prędzej od nas.
Stiles westchnął głęboko, jakby jego intencje były oczywiste. Nie znosił, kiedy nawet najbliżsi nie domyślali się, co mu chodzi po głowie.
— Nie musi tak od razu dowiadywać się, że opuściłem nawet pierwszy dzień w szkole. — Banshee wysłała mu karcące spojrzenie. Czuł się jak na dywaniku u wyjątkowo surowego dyrektora szkolnej placówki. — Oczywiście nie mam zamiaru go okłamywać.  Ale czy nie lepiej, by dowiedział się o tym... incydencie w bardziej przyjaznych okolicznościach? To byłoby przyłapanie na gorącym uczynku i wyszedłbym na syna marnotrawnego. Wszystko by się źle skończyło, wylądowałbym na pobliskim cmentarzu za te wszystkie przewinienia. Nawet cierpliwość mojego taty ma jakieś granice.
— To ja jestem zwiastunem śmierci, nie ty — żachnęła się, ale posłusznie wycofała, delikatnie stawiając kroki. — Co teraz, synu marnotrawny?
— Jak to co? — Brunet wywrócił oczami, uśmiechając się szeroko. Czasami wyglądał jak psychopata, o czym Martin boleśnie się przekonała, i to niejeden raz. — Spróbujemy podsłuchać coś ciekawego. Może nas nie przyłapią. 
Z gracją łasicy oparł się ostrożnie o drzwi, modląc się, by nie zaskrzypiały. Złośliwość rzeczy martwych nie została wybudzona, więc odetchnął z ulgą i nadstawił uszy. Przez dłuższą chwilę nie słyszał nic konkretnego i nie rozróżniał poszczególnych słów. Musiał naprawdę się skupić i znieruchomieć, tak jak i Lydia, by stało się możliwe dosłyszenie czegokolwiek pożytecznego.
— Nie było tam zasięgu, więc wyszli na główną ulicę zadzwonić — opowiadał ojciec rzeczowo, mówiąc służbowym, beznamiętnym tonem. Jednak syn znał go bardzo dobrze i wiedział, że ten wszystko bierze do siebie i przejmuje się losem każdego mieszkańca. — Gdy wrócili, po ciele nie było ani śladu.
— Intryguje mnie ta rtęć — zwierzył się Deaton, a Stiles bezgłośnie powtórzył Lydii: r t ę ć. — Jestem pewien, że słyszałem kiedyś o podobnych przypadkach. Będę musiał to sprawdzić.
— Byłbym wdzięczny. Nie chcę niepotrzebnie angażować dzieciaków, ale to naprawdę niepokojące. Dziś kolejna kobieta zgłosiła zaginięcie nastoletniego syna. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko zbieg okoliczności. — Szeryf westchnął ze zrezygnowaniem, jakby był już zmęczony faktem, że Beacon Hills, przez prądy telluryczne skupione na Nemetonie, przyciąga różnorakie istoty nadnaturalne. Nie tylko on, swoją drogą. — I tak dowiedzą się w najbliższym czasie, skoro świadkami są między innymi Liam i Mason.
Stilinski zaczął się wycofywać, wyczuwając koniec rozmowy. Dał znać przyjaciółce, by wyszli z kliniki i oddalili się na bezpieczną odległość, zanim zrobi to jego ojciec. 
Szli wąskim chodnikiem, ciesząc się piękną pogodą. Słońce padało na ich twarze, przyjemnie ogrzewając. Skręcili na miejski parking, na którym zaparkowała Martin. 
— Widziałaś ich dzisiaj w szkole? — spytał nastolatek, opierając się o przydrożną latarnię. Nie zauważył, że ubrudził sobie swoją ulubioną, czerwoną bluzę. 
— Liama i Masona? — chciała się upewnić. Stiles kiwnął głową, po czym kontynuował obserwowanie zamyślonej Lydii. Już gdy był małym brzdącem, lubił obserwować wysiłek umysłowy rudowłosej koleżanki. Zaciskała ona wtedy usta i mrużyła oczy w przekomiczny sposób. — Nie. Chyba nie...
— To dziwne, że nic nam nie powiedzieli, że nic nie powiedzieli Scottowi. Poszedłbym dalej z tobą, ale za dwadzieścia minut mam trening lacrosse. W sobotę horrendalnie ważny mecz, a ja pełnię bardzo kluczową funkcję w drużynie. 
Dumnie wypiął pierś. 
— Faktycznie. Grzanie ławki rezerwowych jest bardzo kluczowe, Bilinski — sarknęła Martin, wymownie spoglądając w niebo.
— Bardzo śmieszne, a do tego, że trener mówi do mnie Bilinski już się przyzwyczaiłem. Niektórzy koledzy zaczęli nawet zwracać się do mnie per Biles. — Napotkał groźne spojrzenie towarzyszki i przeszły go nieprzyjemne dreszcze. Z banshee nie należało zadzierać. Zwłaszcza, jeśli zaczynała szkolić się w samoobronie u Jordana Parrisha, byłego wojskowego. — No dobra, pójdę z tobą, gdziekolwiek idziesz i w jakimkolwiek celu. Skoro jestem już synem marnotrawnym, to zrobię wszystko, by nie stać się marnotrawną psiapsiółą.
Wsiedli do auta, szykując się na dalszą wyprawę. Lydia zaproponowała wizytę u Melissy McCall, matki Scotta, która miała dostęp do kostnicy i mogła posiadać interesujące informacje o denacie. 
Znajomości w szpitalu i na posterunku niejednokrotnie okazywały się pomocne. Na przykład, kiedy musieli niegdyś McCalla wyciągnąć z prosektorium. Przynajmniej nie narzekali na nudę i schematyczność.
— Tak na marginesie, wiesz, Stiles, że marnotrawny to taki, który trwoni pieniądze i jest rozrzutny? 


***
Na szpitalnych korytarzach nagromadziło się wielu pacjentów z różnymi dolegliwościami. Mijali ich funkcjonariusze z noszami i pielęgniarki prowadzące puste bądź zajęte wózki inwalidzkie. Odwiedzający zajęli większość krzeseł, niejeden również chodził nerwowo po korytarzu, nie mogąc usiedzieć w miejscu. 
Lydia i Stiles przez dłuższą chwilę czuli się zdezorientowani wśród tego tłumu. Chłopak nie znosił zapachu, który roznosił się w takich miejscach. Przywoływało to bolesne wspomnienia, do których wolał często nie wracać.
Skierowali się w stronę recepcji, licząc na to, że znajdą w pobliżu Melissę. Zamiast pielęgniarki, spotkali Liama Dunbara i Masona Hewitta, którzy wykłócali się o coś namiętnie z ojczymem pierwszego chłopaka. Był on jednym z najbardziej szanowanych lekarzy w całym Beacon Hills, a przybrany syn, przez problemy z agresją, niejednokrotnie sprawiał mu problemy.
Stiles wzdrygnął się, zauważywszy zaschniętą plamę krwi na białej koszulce Masona. Porozumiewawczo kiwnął Lydii na znak, by udali się w ich stronę. 
Mason pierwszy zauważył dwójkę i dyskretnie dał znać druhowi, by odpuścił sobie konszachty z ojczymem. Ten westchnął, ale oddalił się od lekarza z niewyraźną miną. Wyraz jego twarzy wskazywał na to, że nieszczególnie ciszy go fakt, że Scott dowie się o tym, że znów wpakował się w tarapaty. Czuł się jak najgorsza beta w kraju.
— No więc... em... — wydukał z błąkającym się na ustach przepraszającym uśmiechem. — Co was sprowadza do naszego szpitala w Beacon Hills?
Stilinski spojrzał na niego z politowaniem, jakby w zastępstwie za McCalla pełnił funkcję opiekuna nastolatka. Dunbar po prostu budził instynkt ojcowski, nadal ucząc się funkcjonować jako młody wilkołak. Zwłaszcza podczas pełni. 
— Skoro ciała nie odnaleziono, to po jaką cholerę jesteście w szpitalu? — spytał po chwili z wyjątkowo kulawą subtelnością, zyskując od Martin kuksańca w bok. 
Liam i Mason wymienili sugestywne spojrzenia, zaskoczeni ilością informacji, które zdobyła już reszta stada. 
— Jest jeszcze jeden poszkodowany — zaczął niepewnie, nerwowo bawiąc się dłońmi. — Ranny chłopak, został zaatakowany przez tego drugiego i teraz z nim kiepsko. Bardzo kiepsko, jad skorpiona szybko się rozprzestrzenia. 
Stiles uniósł brwi, nic nie rozumiejąc. 
— Drugi, Lucas, stał się agresywny i zaatakował Corey'a. Ten uciekał i prawie dokonał żywota pod kołami samochodu Masona. Potem wróciliśmy i znaleźliśmy martwe ciało Lucasa, w koszmarnym stanie. Wyszliśmy na główną ulicę, by zadzwonić, a ciało zniknęło — wysapał Dunbar na jednym tchu, żywo gestykulując. — Odebrałem Corey'owi trochę bólu, ale nadal bełkotał coś o kolcach i rtęci. A, właśnie, ten cały Lucas pluł nią i w ogóle.
— Nie dowiedzieliśmy się w zasadzie niczego, prócz tajemniczego jadu skorpiona — podsumowała Lydia z rezygnacją w głosie, po czym rozejrzała się dookoła. — Cała nadzieja w pani McCall.
— Ma dyżur dopiero po południu — wtrącił się Mason, a gdy przyjaciele wysłali mu pytające spojrzenie, niewinnie wzruszył ramionami. — Czasem czytam też te dokumenty ojczyma, których nie powinienem.
Syn szeryfa pokrzepiająco poklepał go po plecach.
— Rozumiem cię, brachu. Oj, rozumiem. 

***
Stiles wbiegł szybko po schodach i wpadł do domu. Prawie potknął się o próg, w ostatniej chwili oparł się o framugę. Zatrzasnął za sobą drzwi, trochę zbyt mocno. Wiedział, że jeszcze zdążyłby na trening, ale zbył Lydię, twierdząc, że nic się nie stanie, jeśli raz się nie pojawi. 
Zdjął bluzę i rzucił plecak na podłogę. Zaczął się intensywnie pocić, drżał. Próbował uspokoić kołatające serce, ale nie miał wpływu na jego pracę. Czuł nieznośną suchość w gardle, nasiliły się duszności. Już za późno na powstrzymanie napadu paniki, był tego niemal pewien.
Na chwiejnych nogach ruszył w stronę łazienki. Sapał głośno, biorąc olbrzymie hausty powietrza. Zakaszlał ostro, jakby się dławił. Czuł odurzający ucisk w klatce piersiowej, zalała go nagła fala gorąca. 
Upadł przed umywalką, po czym ledwo podniósł się, by do niej sięgnąć. Odkręcił kran i przemył twarz lodowatą wodą. Kaszlnął po raz kolejny, wypluwając dławiącą żółć. Dygotał, powoli wciągając powietrze nosem i wypuszczając ustami. Próbował się uspokoić. 
Wypłukał usta, by pozbyć się paskudnego odczucia, jakby jego język był tylko kawałkiem drewna. Czuł nieprzyjemny, metaliczny posmak. Otarł spocone czoło, po czym powtórzył obmycie twarzy. Przyjemny chłód zaczynał go uspokajać. Położył dłoń na piersi, tuż przy sercu. Stopniowo zaczynało bić spokojniej, normalnym rytmem.
Chłopak opadł na podłogę, zwinął się w kłębek. Przed oczami widział ojca, Scotta, Lydię i Malię. Ich powykrzywiane, przerażone oblicza zaczynały go prześladować. Nie mógł stracić kolejnych osób, na których mu zależało, a wszystko wskazywało na to, że Beacon Hills znów stanie się centrum krwawej masakry. Szeryf Stilinski kolejny raz zacznie sprawdzać najbardziej niebezpieczne miejsca, narażając życie. 
Zbyt wiele już stracił, nie zniósłby więcej. Stosy piętrzących się martwych ciał przyprawiały go o dreszcze. Wolał nie myśleć o tym, co ich czeka. Tyle razy otarł się o śmierć, ale cudem przetrwał. Wielu nie miało tyle szczęścia. 
Obejmując się ramionami, myślał o Allison, Aidenie, Erice i Boydzie. Pamiętał każdy pogrzeb, jakby uczestniczył w nim poprzedniego dnia. 
Stilinski westchnął przeciągle, odsuwając myśli od tych, którzy polegli. Został jeszcze Derek Hale z Isaakiem Lahey'm. Nigdy nie przypuszczałby, że zatęskni za tym wrednym, kompletnie pozbawionym poczucia humoru wilkołakiem i jego równie irytującą betą. Sam czasem również zastanawiał się nad przeprowadzką, ale nigdy na poważnie. Nie potrafiłby, tak jak na przykład Jackson Whittemore, uciec i zacząć żyć od nowa. 
Był skazany na życie w ciągłym strachu i niepewności, czy jutro w ogóle nadejdzie. Pokonali zbuntowanego alfę, kanimę, Deucaliona, Daracha, Nogitsune i Dobroczyńcę. Z kim tym razem przyjdzie im się zmierzyć? 
Syn szeryfa najboleśniej odczuwał piętna, które te wszystkie walki odcisnęły na ich paczce. Opętanie przez mrocznego lisa sprawiło, że przez dłuższy czas nie był sobą, ale to nic nie zmieniało — miał krew niewinnych na rękach. 
Myślał o tym niemal codziennie, wyobrażając sobie okropności, których dopuszczał się Nogitsune, mając we władaniu jego ciało. Kiedy drzwi nie są drzwiami? Kiedy są otwarte. Otworzył je do swojego umysłu, to była jego wina. Nie okazał się wystarczająco silny, przegrał. 
Słyszał głos japońskiego ducha, chore zagadki, które szeptał mu do ucha. Gdy Stiles zamykał oczy, widział zabandażowano ciało Rhysa, przypominające mumię. Ten szereg ostrych jak brzytwa zębów, które odsłaniał, uśmiechając się triumfalnie.
Chłopak wstał, by spojrzeć w wiszące nad umywalką lustro. Musiał przyznać, że wygląda okropnie. Był bledszy niż zwykle, a pod jego piwnymi oczami utworzyły się głębokie cienie. Usta miał sine, w paskudnym śliwkowym odcieniu.  
— Weź się w garść — wysyczał do samego siebie, postanawiając wziąć orzeźwiający, zimny prysznic i zabrać się za zbieranie materiałów dotyczących nowej sprawy.
Musiał czuć się potrzebny i użyteczny. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Upadły Marzyciel Może nie wiesz ale masz oczy psycho­paty całko­wicie mnie przeszywające..
Szablon stworzony przez Lune / Technologia Blogger / Gify: Rebloggy / Czcionki: Google Fonts / Kody: Tajemniczy Ogród